|
Dawno temu...
... w naszym kraju nie było jeszcze demokracji, zamiast wolnych mediów funkcjonowały partyjne tuby, zaś PR nikomu nie był do niczego potrzebny, bo doskonale obywaliśmy się propagandą. Wszystko to zaczęło zmieniać się jakieś 10 lat temu i my w związku z tym też postanowiliśmy zrobić coś nowego (dziś szkoleni za granicą marketingowcy korporacyjni określają to mianem "brand new thing"). Tym "nowym" była właśnie Agencja RPR Group, nosząca wówczas wszystko wyjaśniającą podnazwę "Agencja Promocyjno-Reklamowa".
Problem nomenklatury jest zresztą nadal żywy, bo także dziś, gdy zaglądamy w indeksy branżowe na różnych żółtych stronach, czytamy w kolejności: agenci okrętowi, załogowi, maklerzy morscy; agenci ubezpieczeniowi; agencje artystyczne; agencje celne; agencje detektywistyczne; agencje fotograficzne; agencje ochrony; agencje prasowe; agregaty chłodnicze; akademiki.... Konia z rzędem, temu, kto od razu się domyśli, że agencje Public Relations można znaleźć pod hasłem "Marketingowe Agencje - Public Relations"!
Wracając do roku 1994, konkretnie miesiąca maja - to właśnie wówczas powstała nasza Agencja, z inicjatywy grupy ówczesnych (wybitnie inteligentnych) dziennikarzy tygodnika Warsaw Voice. Dlatego zawsze uważaliśmy, że rozumiemy media lepiej niż ci, którzy w nich nigdy nie pracowali.
Naszym pierwszym zrealizowanym projektem była kompleksowa kampania informacyjna, związana z giełdowym debiutem Rolimpexu. Czasy były ciekawe, giełda w powijakach, a my robiliśmy to, co dziś nazywamy mądrze: relacje inwestorskie i relacje mediowe. Dla tych, którzy mgliście pamiętają te czasy, krótka lekcja historii: lista redakcji ekonomicznych w renomowanych mediach była w owym czasie mniejsza niż liczba palców jednej ręki, zaś największą ambicją młodych ludzi było wówczas zdanie egzaminu na maklera albo doradcę (co było faktycznie mocno skomplikowane). Jako przedstawiciele "country of transition" ekonomii uczyliśmy się na bieżąco głównie od ekspertów zagranicznych, którzy chętnie udzielali nam (niekiedy bolesnych) lekcji życia. Rolimpex, który stał się później jedną z lokomotyw giełdy, stał się także lokomotywą dla naszej Agencji. Zaraz potem - a zaczynały się właśnie złote lata giełdy warszawskiej - Stalexport, Górażdże i Indykpol, kolejne chcące odnaleźć się w nowej ekonomicznej rzeczywistości firmy, zwróciły się do naszej Agencji o doradztwo w zakresie kreowania publicznego wizerunku. Tak naprawdę pojęcie o samym PR-ze mieliśmy wówczas nieco mgliste, bardziej przeczuwając, o co w tym wszystkim chodzi, niż potrafiąc przytoczyć sensowną i wyczerpującą definicję. Naszym niewątpliwym atutem była świetna znajomość rynku medialnego i - co tu ukrywać - ogromne ssanie informacyjne ówczesnych mediów, nijak nieporównywalne do dzisiejszego natłoku i szumu informacyjnego.
Byliśmy i pozostaliśmy przede wszystkim praktykami.
W czasie dziewięciu lat funkcjonowania na rynku, zrealizowaliśmy ponad 240 najrozmaitszych projektów. A ile przepadło w finałach przetargów, zasilając dorobek dyrektora marketingu lub agencji XYZ o której nikt wcześniej nie słyszał - usta milczą... dusza wre! Ale tak to jest, jak ma się opinię kreatywnych, przełożenia wyłącznie oficjalne, a rynek rozhasany do granic niemożliwości. Tak czy owak, nasza czarna teczka jest dużo grubsza niż startującego onegdaj w wyborach Stanisława K. ( czy ktoś jeszcze pamięta człowieka? )
Lata płynęły, włos na głowie siwiał, dojrzewały kolejne pokolenia PR-owców, a my wciąż trwaliśmy na posterunku, jaki nam wyznaczyła Historia. I tak jest do dzisiaj. Choć z pierwszej najpierwszej kadry pozostał wśród nas tylko nasz guru - Naczelnik oraz Pan Sławuś, człowiek od wszystkiego, zaś szeregi Agencji zasiliły młode i zdolne osoby (w tym miejscu prosimy o brawa), nasza - przepraszamy za wyrażenie - kultura firmowa pozostała nienaruszona. Dalej lubimy niebanalne projekty, ciekawych klientów, z którymi można podyskutować i wspólnie zasiać intelektualny ferment, trudne pytania, z którymi musimy się zmierzyć, coraz liczniejszych dziennikarzy, których trzeba spamiętać wraz z datami urodzin dzieci, no i oczywiście wysokie wynagrodzenia, które jak wiemy stanowią dziś codzienność na rynku...
Od początku istnienia Agencja związana jest z centrum Warszawy - początkowo ulicą Złotą, od paru lat - Hożą, skutecznie opierając się - kuszącym, przyznamy - ofertom klimatyzowanych, szklanych i kompletnie bezdusznych biurowców. A u nas na Hożej jest pan Zenek, bezdomny z Centralnego, który nocą zamiata podwórko i rachityczny trawniczek (sic!), przed zimowymi świętami wiesza na drzwiach każdej firmy kolorową bombeczkę i kartkę z życzeniami, a generalnie na co dzień dba o bezpieczeństwo w kamienicy. Odkąd jest pan Zenek, a to już prawie 3 lata, zanikła plaga włamań, które - mimo firm ochroniarskich (283 PLN netto miesięczny podstawowy abonament) - były smutną codziennością. Piętro wyżej rozgościli się aktywiści jednej z niezliczonych prawicowych formacji i prowadzą długie nocne Polaków rozmowy (wiemy, bo też długo siedzimy!), jak ten kraj uzdrowić, komunistów won wyekspediować i samemu gospodarować. Jak kto ciekaw, osoby z telewizora znane można tu codziennie spotkać. Na dole jest kultowa kafejka Mała Czarna, gdzie podają najlepszą w Warszawie aromatyczną kawę i genialne koktaile owocowe, które niezrażeni tłokiem bywalcy spożywają w godzinach szczytu na okolicznym chodniku. Dlatego odwiedzające nas Krakusy, lekko zdziwione niewarszawskim, według ich wyobrażeń, entourage'm mówią: "A u was to jak w Krakowie". I świetnie, i tak ma być
|
|